piątek, 1 listopada 2013

BUBEL MIESIĄCA: Matrix, Total Results Sleek Iron Smoother, spray ochronny do prostowania włosów - recenzja



Nadeszła jesień a wraz z nią bardzo ciężki czas dla włosów, które w tym okresie są zazwyczaj bardziej narażone na zniszczenia wynikające z ich ibardziej intensywnej stylizacji. Jak wiadomo minął  już beztroski, wakacyjny czas na bezkarne wyjścia na dwór z mokrą lub niedosuszoną głową, dlatego  przynajmniej u mnie codziennie rano w ruch idzie suszarka, a czasem altyleria cięższa, czyli prostownica bądź lokówka.  Nie mam niestety jak większość z Was zazwyczaj czasu ( szczegołnie przy mojej długości włosów), aby  mogły one podeschnąć same, dlatego zawsze  staram się mieć pod ręką kosmetyk, który zabezpieczy włosy przed wysoką temperaturą. Produkty do ochrony  przed wysokimi temperaturami działają zazwyczaj na tej samej zasadzie. Pozostawiają na powierzchni włosa delikatną warstwę chroniącą jego strukturę przed microuszkodzeniami.



Ostatnio miałam okazję przetestować nowy spray ochronny Matrixa z ogólnie dość udanej serii Total Results. Dlatego i z tym produktem wiązałam dość spore nadzieje i oczekiwania...





Opinia producenta:
Spray ochronny do prostowania włosów Matrix Iron Smoother ochroni włosy i nada im połysku. Oprócz tego zapobiega puszeniu się, zalecany jest do włosów niezdyscyplinowanych, trudno układających się.
Kosmetyk perfekcyjnie działa zarówno na włosach cienkich, grubych i kręconych. Nadaje blasku włosom suchym i matowym.
cena: od 30 (na allegro) - 55 zł


Opinia Subiektywnej:


Do tej pory zawsze byłam zadowolona z jakości kosmetyków firmy Matrix. Jest to dość znana i renomowana marka, polecana przez fryzjerów profesjonalistów. Jednak tym razem trafiłam na BUBEL ABSOLUTNY i to w rozmiarze XXL! Według mnie produkt ten nie spełnia żadnej obietnicy producenta, a na dodatek (o zgrozo!) głównym składnikiem sprayu jest alkohol! Kosmetyk dodatkowo skleja włosy, które robią się nawet  już po niewielkiej ilości sztywne i matowe. Przy stosowaniu z suszarką dodatkowo miałam bardzo duże trudności z rozczesaniem włosów. Nie wiem, jakim cudem, ale bardzo plątał moje włosy robiąc bardzo trudne do wyczesania kołtuny. Nigdy po żadnym produkcie nie miałam takich problemów z rozczesaniem włosów. Co do użycia tylko z prostownicą - włosy owszem są proste na dłuższy czas, ale tylko, dlatego, że są obciążone - wiszą przy twarzy niczym sztywne, sklejone druty.  Taki efekt absolutnie mi nie odpowiada - włosy wyglądają nienaturalnie.  Nie zauważyłam też, aby spełniał swoją podstawową rolę, czyli zabezpieczał włosy przed wysoką temperaturą. W ogóle w samym działaniu bardziej przypomina lakier niż preparat do ochronny przed wysoką temperaturą. Na jedyny plus zasługuje tylko jego objętość, czyli aż 250ml.  Niestety jak widać nie zawsze ilość idzie w zgodzie, z jakością. 





Udanego długiego weekendu,
Subiektywna

środa, 30 października 2013

Spirulina - cudotwórczyni z dna morza dla odważnych (prosty przepis na maseczkę)



Dzisiaj chciałabym Wam przedstawić spirulinę - niepozorną algę, która  podbiła moje serce swoim wszechstronnym działaniem (na pewno nie zapachem, ale o tym później;). Spirulina, którą  polecam i sama używam - pochodzi zawsze z sklepu internetowego - ZSK .  Jest ze mną już od ponad roku i wciąż tak samo dobrze służy mojej skórze.


 SPIRULINA - co to takiego?

Spirulina to sproszkowana mikroalga należącą do sinic. Zawiera w swoim składzie szeroki wachlarz naturalnych, łatwo przyswajalnych dla człowieka substancji odżywczych. Z tego powodu jest bardzo wartościowych materiałem kosmetycznym o szerokim spectrum działania. Jest bogatym źródłem protein, witamin, aminokwasów, kwasów tłuszczowych, minerałów, kompleksów cukrowych i enzymów. Jest szczególnie bogata w aminokwasy - niezbędne przy powstawaniu elastyny i włókien kolagenowych. W postaci zmikronizowanego proszku zachowuje wszystkie składniki odżywcze. Wykazując wysokie powinowactwo do skóry stosowana w postaci maski umożliwia obecnym w niej składnikom aktywanych wniknąć w głąb skóry



Substancje aktywne:

Proteiny 60-70% - Alanina, Arginina, Kwas aspartynowy, Cysteina, Kwas glutaminowy, Glicyna, Histydyna, Izoleucyna, Leucyna, Lizyna, Metionina, Prolina, Fenyloalanina, Seryna, Treonina, Tryptofan, Tyrozyna, Walina  
Węglowodany- 16- 24%  

Minerały - wapń, żelazo, cynk, fosfor, sód, potas, magnez, mangan, selen
Kwas gamma-linolenowy (GLA) - NNKT
Witaminy - beta-karoten, E,D, K, B1, B2, B12, B9
Pigmenty- chlorofil-zielony barwnik, fikocyjanina- niebieski barwnik


DZIAŁANIE:

-odżywia i ujędrnia;

-nawilża wysuszoną i zmęczoną skórę;

-poprawia wygląd i wyrównuje koloryt skóry;

- likwiduje trądzik;

-likwiduje niepożądane wypryski, przebarwienia oraz zaczerwienienia;

-zapobiega powstawaniu "pajączków"- wzmacnia naczynia krwionośne, chroniąc je przed pękaniem;

-przynosi ukojenie popękanej i łuszczącej się skórze;

-przyśpieszają rozpad tłuszczów- ułatwia likwidację cellulitu;

-oczyszcza skórę z toksyn;

-wzmacnia płaszcz wodno-lipidowy skóry, który chroni ją przed szkodliwym wpływem środowiska 



WYKONANIE:

 Przed nałożeniem maseczki polecam dokładne oczyszczenie naszej twarzy plus wykonanie peelingu odpowiedniego dla naszego typu skóry. Następnie dla jeszcze lepszego rezultatu warto przyłożyć na chwilę do skóry twarzy ściereczkę muślinową zamoczoną na chwilkę w gorącej wodzie. Taki prosty zabieg rozgrzewa naszą skórę i otwiera pory, dzięki czemu substancje aktywnie są o wiele lepiej wchłaniane.

Przygotowanie samej maseczki jest identyczne jak w przypadku różnego typu glinek. Ja w przypadku, gdy  maseczkę aplikuję tylko na twarz rozrabiam ok. 1- 1.5 łyżeczki z wodą mineralną tak, aby powstała konsystencja  gęstej pasty. W przypadku, gdy kładę ją na szyję i dekolt dodaję więcej algi. Maseczkę co jakiś czas, aby zbyt szybko nie zaschła na twardą skorupę spryskuję wodą termalną lub hydrolatem. Po  upływie 20- 25 minut  zmywam maseczkę wodą (w przypadku cery wrażliwej należy skrócić ten czas do 10 minut). Najczęściej idę po tym czasie pod prysznic i wtedy ją dokładnie zmywam z twarzy lub/ i dekoltu, ponieważ zaschnięta spirulina na buzi zmywa się bardzo topornie i wszystko w około zostawia zielone np. moją małą umywalkę ;) 

Opcjonalnie wodę możemy zastąpić hydrolatem lub dodać parę kropel ulubionego olejku - złagodzi to nieprzyjemny zapach spiruliny, a olejek spowoduje, że spirulina nie zaschnie zbyt szybko na naszej buzi.



 

  Ocena Subiektywnej: 


Maseczka  naprawdę daje bardzo widoczne rezultaty. Jednak nie nadaje się dla kobiet, które są bardzo wrażliwe na zapachy. Maseczka po prostu.. śmierdzi pokarmem dla rybek i jest to zapach, który nie ulatnia się po rozrobieniu jej z wodą. Drugim minusem jest fakt, że maseczka bardzo pyli, dlatego łatwo przy jej stosowaniu o pobrudzenie np. ubrania. Jednak mimo, tych wad - maseczka wspaniale oczyszcza skórę, koi podrażnienia, łagodzi nadreaktywność skóry, odżywia ją.  Cera naprawdę wygląda na wypoczętą - jak "po urlopie". W moim przypadku często jednak po zabiegu skóra jest dość mocno zaróżowiona, dlatego robię maseczkę głównie wieczorem, kiedy już nie wychodzę już z domu. Nie jest to maseczka, którą można zaserwować sobie przed wyjściem na imprezę. 


To tyle na dzisiaj ode mnie. A ja zmykam biegać, aby skorzystać z jeszcze z miarę ciepłego, jesiennego wieczoru :)


Subiektywna

niedziela, 27 października 2013

PUPA Luminys, Fard Cotto Baked Blush (wypiekany róż do policzków) odcień 07 wild rose - swatch i recenzja

    

Róż - ten magiczny kosmetyk może dodać każdej z Nas blasku młodzieńczości i świeżości, ale jeżeli jest źle dobrany może też bardzo skutecznie popsuć cały makijaż. Bardzo ciężko jest dobrać jego właściwy odcień, który nie zrobi z nas przysłowiowej "rosyjskiej matrioszki". Ważna jest tutaj  poza kolorem, sama formuła kosmetyku, która powinna łatwo rozcierać się na naszej twarzy, nie osypując się. A jego struktura powinna być na tyle drobno zmielona, aby nie dawała nam efektu rozbitej świątecznej bombki, a efekt "glow", czyli subtelnego rozświetlenia. Według mnie róż z widocznymi brokatowymi drobinami  NIGDY nie będzie wyglądał dobrze.



Długo szukałam czegoś w miarę przyzwoitej cenie - co sprosta tym oczekiwaniom.  Po wielu nieudanych próbach trafiłam na Pupa Luminys, Fard Cotto i z miejsca przepadłam! Gdy pierwszy raz dotknęłam jego aksamitnej formuły w Douglasie musiał zostać już ze mną na stałe. Gdyby nie on pewnie nadal odkładałabym do skarbonki na legendarny już Orgasm Narsa.


Według producenta:
Róż wypiekany w temperaturze 60°C przez około godzinę. Technologia pozwala na uzyskanie produktu w kompakcie bez gniecenia. Proces ten gwarantuje utrzymanie części wody oraz zachowanie naturalnych właściwości aktywnych składników. Dzięki wypiekaniu osiągana jest niesamowicie delikatna konsystencja, łatwa do mieszania oraz aplikowania zarówno na sucho, jak i na mokro.
- transparentne odcienie dające bardzo naturalny efekt
- delikatna i jedwabista pudrowa konsystencja
- formuła bogata w olejek jojoba
Nowoczesne i praktyczne opakowanie z pędzelkiem, kolor widoczny przed otwarciem, z załączonym pędzelkiem do aplikacji. Testowany dermatologicznie.

Dostępne odcienie:


Cena: w zależności od drogerii od 60 do 100 zł / 3,5g 




 KOLOR I FORMUŁA:
Co do koloru samego produktu - jeżeli miałabym przyjąć, że istnieje jakiś idealny odcień różu dla większości typów urody wymieniłabym właśnie ten. Sam róż na skórze daje bardzo delikatny efekt o satynowym wykończeniu z  bardzo lekkim perłowym, opalizującym połyskiem.  Daje efekt trójwymiarowości. (nie jest to, więc róż dla miłośniczek total matu). Kolor nałożony na policzki jakby lekko dopasowuje się do naszej skóry podbijając  naturalny rumieniec twarzy, ale w pewien magiczny sposób go uszlachetnia dodaje mu delikatnego blasku. Dla mnie kolor 07  jest różem chłodnym, ale wpada w lekkie ciepłe, morelowe tony. Dobrze wygląda zarówno solo jak i z brązerem, czy roświetlaczem.


Oto swatch (proszę  tylko przestraszcie się moich żylastych kończyn ;)



 APLIKACJA:

Należy pamiętać, że jeżeli chodzi o produkty sypkie typu: róż, rozświetlacz czy brązer - absolutną podstawą jest dobry pędzel. Nawet najlepszy kosmetyk, jeżeli będzie źle zaaplikowany nic nie wskóra. Tutaj do tanga trzeba zawsze dwojga, zupełnie tak jak w życiu.  Co do załączonego pędzelka  - sprawdzi się na wyjazdy czy do poprawek makijażu w ciągu dnia. Jego włosie jest bardzo mięciutkie. Jednak nie mogę powiedzieć nic więcej, ponieważ wolę do jego rozprowadzania używać pędzli HAKURO - H24 oraz  H13 (lub jego ulepszona wersja H14) - sprawdzają się do tego świetnie. Kosmetyk nimi nałożony praktycznie nie pyli, ani nie osypuje się. Rano nałożony zostaje w niemienionej formie do późnego popołudnia.


Do tego muszę podkreślić, że produkt do tej pory mnie ani nie zapchał, ani co dla mnie najważniejsze nie uczulił ! Posiadam skórę bardzo wrażliwą. Dodatkowo przechodzę silną alergię, przez co w tym momencie uczula mnie większość kosmetyków.



źródło:internet



Róż Luminys do mój drugi kosmetyk włoskiej marki PUPA, ale na pewno nie ostatni, ponieważ cienie, które posiadam są również rewelacyjne. Nie popełnię chyba nadużycia jeśli powiem, że są to najlepsze cieni jakie kiedykolwiek używałam - mocno napigmentowane, trwałe, nie osypujące się ani nie rolujące nawet nakładane bez bazy!

Warto wspomnieć, że firmy, które zajmują się dystrybucją marki PUPA w Polsce, mają pod swoimi skrzydłami takie marki jak właśnie IsaDora, Lumene czy ArtDeco czy Clinique. Wszystkie te firmy mają kosmetyki bardzo dobrej jakości i mają w swojej ofercie wiele bardzo dobrych jakościowo produktów, jednak co do produktów sypkich a w szczególności wypiekanych myślę, że marka PUPA wygrywa.


  pozdrawiam,
Subiektywna

  

poniedziałek, 21 października 2013

Droższe vs Tańsze drogeryjne tusze do rzęs - recenzja porównawcza popularnych tuszy do rzęs (zdjęcia szczoteczek)


Mimo, że mam swój tuszowy ideał, ostatnio do mojej kosmetyczki trafiło parę nowych tuszy do rzęs bardzo wychwalanych ostatnio przez wiele osób, dlatego i ja skusiłam się na ich przetestowanie.
Obecnie w straciły już swoje terminy ważności bądź zostały już zużyte, zatem zgodnie z moją obietnicą, (o której wspominałam tutaj ) opiszę rzetelnie każdy z nich.


Należy jednak pamiętać, że dobór odpowiedniego tuszu to bardzo indywidualna kwestia. Ja przedstawię Wam moje spostrzeżenia po równoczesnym przetestowaniu wszystkich poniżej przedstawionych produktów. Każdy tusz był testowany przeze mnie minimum 3 miesiące.


moje rzęsy naturalnie ciemne, proste, krótkie, średnio-gęste.


Czego szukam w tuszach do rzęs? 

1. Podkręcenia i uniesienia 
2. Głębokie, nasyconej czerni
3. Wyraźnego efektu "sztucznych rzęs" (a przy tym w miarę chociaż ładnie rozdzielonych)
4. Wydłużenia, w drugiej kolejności pogrubienia
5. Tradycyjnej, a najlepiej grubej szczoteczki - nie jestem zwolenniczką wszystkich giętkich, gumowych wynalazków.

Reasumując, czyżbym była aż za bardzo wymagająca? ;)




Max Factor, Masterpiece MAX  (tusz wydłużająco-pogrubiający)


Opis producenta: 

Tusz posiada nową szczoteczkę Volume iFX, która podkreśla i rozdziela każdą rzęsę wydłużając ją i pogrubiając. Dodaje nawet do 400% więcej objętości w porównaniu z rzęsami nie umalowanymi tuszem. Nie osypuje się, nie rozmazuje oraz nie skleja rzęs.

Cena: ok. 45zł / 7,2 ml

Kultowy już tusz, dlatego wiązałam z nim bardzo duże nadzieje. Jednak, mimo, że tusz jest naprawdę dobry i ma wiele zalet, niestety nie mogę tutaj  mówić o spektakularnym efekcie, o jakim mówi w opisie producent, bo takich cudów niestety nie daje. Natomiast nie można nie wspomnieć, że bardzo dobrze się z nim pracuje- tusz znakomicie rozdziela rzęsy, nie osypuje się (póki jest świeży), nie rozmazuje oraz nie skleja rzęs.  Największą jednak dla mnie wadą jest fakt, że nie podkręca ani nie unosi znacząco rzęs, a nawet, jeżeli już uda się coś osiągnąć, rzęsy szybko w ciągu dnia "opadają". Nie wytrzymuje również całego dnia na rzęsach po 12h zmywałam już tylko jego resztki z okolic oczu (wykrusza się). Czerń standardowa jak w innych tuszach MF. Nie kupię go ponownie, ponieważ za jego cenę znam lepsze. Według mnie ten tusz jest stanowczo zbyt przereklamowany.

Ocena: 3.5/5





L'oreal, False Lash Architect 4D Black Lacquer


Opis producenta:

False Lash Architect 4D Black Lacquer to zniewalająca winylowa czerń. Formuła tuszu opracowana przez laboratoria L'OREAL zawiera technologię długich włókien "relief 4D". Zawarte w maskarze elastyczne włókna sprawiają, że rzęsy są pięknie zarysowane i podkreślone oraz zyskują lekkość bez efektu sklejenia.
False Lash Architect 4D Black Lacquer nadaje się idealnie na każdy dzień zarówno dla kosmetyczek jak i amatorek makijażu.
 Cena: 55 zł /10.5ml


 Najgorszy tusz, jaki kiedykolwiek przeszedł przez moje dłonie. Absolutne zmarnowane pieniądze (tusz kupiłam nowy, nieotwierany w drogerii za regularną cenę, więc nie ma mowy, że używałam jakiegoś przeterminowego lub podrobionego produktu z allegro ). Po jego zakupie musiałam kupić sobie nowy tusz, gdyż nawet nie nadawał się, jako "czernidło" do rzęs, mimo, że producent opowiada na opakowaniu o zniewalającej winylowej czerni... Do tego tusz nie daje prawie ŻADNEGO efektu na rzęsach nawet po paru warstwach. Za taką cenę zdecydowanie odradzam, jak widać nie zawsze jakość przekłada się na cenę produktu. Jedynym bardzo naciąganym plusem jest bardzo ładne estetyczne opakowanie i duża pojemność.

L'Oreal Paris, LASH ARCHITECT 4D BLACK LACQUER
L'Oreal Paris, LASH ARCHITECT 4D BLACK LACQUER

Ocena: 0/5



Essence, I Love Extreme, Volume mascara 


Opis producenta:
Tusz dodający objętości, dla wszystkich którzy lubią volumen. Rozdziela pojedyncze rzęsy, nie sklejając ich i dając oszałamiający efekt. W kolorze czarnym.
Cena: 15zł /10ml


Idealne przełożenie ceny, do jakości produktu. Za taką cenę nie znam niczego lepszego.  Tusz ma bardzo ładny, głęboki odcień czerni (najlepszy wszystkich tutaj przedstawionych).  Pogrubia rzęsy, wydłuża, jednak potrafi je trochę posklejać. Jednak przy odrobinie wprawy można nim wyczarować naprawdę bardzo mocny makijaż oczu. Lekko podkręca, nie unosi jednak bardzo specjalnie (zbyt ciężka formuła). Bardzo podoba mi się też jego wielka "szczota" - jednak wiem, że wielu osobom taki rodzaj szczoteczki nie służy. Dla mnie jednak na plus.  Tusz nie utrzymuje się też na rzęsach cały dzień, ale w miarę równomiernie "zanika" do wieczornego demakijażu. Opakowanie trochę tandetne, które do tego się trudno zakręca, mogłoby być bardziej eleganckie. Ale w sumie lepiej, gdyż wolę lepszą zawartość niż tylko za sam design jak w przypadku tuszu L'oreala omówionego przeze mnie wyżej, w którym piękne było tylko opakowanie.


Ocena: 4/5




Lovely, False Lashes Mascara (tusz dający efekt sztucznych rzęs)


Maskara nadająca efekt sztucznych rzęs. Posiada dużą, niesilikonową, gęstą szczoteczkę. Dostępna w kolorze czarnym.

Cena: ok. 10 zł /11ml



Ten tusz nie skusił mnie oczywiście obietnicą efektu sztucznych rzęs.. (można takie obietnice włożyć między bajki), a bardzo grubą szczoteczką, które zazwyczaj na moich rzęsach sprawdzają się idealnie. Jednak ten tusz mimo, tej szczoteczki sam w sobie jest bardzo marny - żeby osiągnąć, chociaż efekt pomalowanych rzęs - musimy się nie lada natrudzić. Tusz w sam sobie niby jest na oku, a w rzeczywistości praktycznie go nie widać. Jednak jeżeli nie mam środków finansowych na nowy tusz, to warto temu tuszowi dać jednak szansę, gdyż, kiedy troche podeschnie jest ciut lepszy.
Istnieje jeszcze inny sposób, aby go trochę podpicować i zużyć do końca. Mianowicie ten tusz bardzo dobrze współgra z odżywko-bazą firmy Eveline w zielono-białym opakowaniu (skoncentrowane serum do rzęs 3w1). To połączenie ratuje sytuację. Mnie niezmiernie zaskoczył fakt jak ta
 odżywka za 12 zł może tak podpicować tusz. Jednak niestety ta baza nie sprawdziła się już tak dobrze z innymi tuszami. (a może miała mniej do roboty.. ?)


Ocena: 2/5 (z odżywką Eveline)


Wszystkie opisane wyżej tusze są stale dostępne w ofercie  sieciówkowych drogerii typu Rosmann, Natura.

 Osobiście mam nadzieję, że moje recenzje porównawcze pomagą Wam w wyborze odpowiedniego tuszu.



pozdrawiam,
Subiektywna


czwartek, 17 października 2013

O tym jak usunęłam zdjęcia z wcześniejszych postów + BONUS, czyli aktualizacja moich włosów po ombre (L'oreal Preference Wild Ombres)


Po pierwsze - co do tytułu dzisiejszego posta: krótkie wyjaśnienie, co stało się ze zdjęciami z wcześniejszych postów?

Czy to MAGIA?

Nie. Spokojnie to tylko moja własna głupota.

Nie wyobrażacie sobie jak wielka była moja złość i frustracja jak tydzień temu przez moją nie wiedzę usunęłam z galerii Google wszystkie zdjęcia, a w tym zdjęcia z postów. Dlatego pod niektórymi postami widzicie rzucający się po oczach: brak zdjęć, pod niektórymi udało mi się dodać parę zdjęcia ponownie w mniejszej ilości, jednak w większości przypadków zdjęcia przepadły niestety bezpowrotnie ( mam bardzo zły nawyk usuwania  " zbędnych" plików, zdjęć z komputera, które oczywiście po jakimś czasie okazują się jednak niezbędne...) 

Podsumowując, szanse na odzyskanie zdjęć, co bliskie zeru, ale nie będę usuwać postów, gdyż wszystkie do tej pory przeze mnie posty moją bardzo obszerne  recenzje, gdyż staram się każdy produkt opisać bardzo sumiennie.


Tyle z moich żalów, a teraz przejdę do drugiej chyba nieco przyjemniejszej części posta, czyli do aktualizacji moich włosów.

Poniżej zamieszczam parę zdjęć z wakacji w Turcji, gdzie możecie zobaczyć aktualny stan moich włosów  po rozjaśnianiu końcówek (ombre) 5 miesięcy temu- o którym możecie przeczytać tutaj.

Kolor jak widać przesunął się trochę do dołu,  same włosy były lekko podcinane i cieniowane od tego czasu. (podcinam je zawsze na wakacjach o minimum 5-6 cm)


ombre "na mokro" :D


no i w standardowej wakacyjnej fryzurze:


Aktualnie zastanawiam się nad przejściem do ciemnego brązu na całości włosów, bo ombre już zdążyło mi się przez te 5 miesięcy znudzić, co o tym myślicie? 


pozdrawiam,
Subiektywna


środa, 11 września 2013

KWC: The Balm, Bahama Mama - puder brązujący - recenzja + swatch





Zanim odkryłam bronzer o uroczej nazwie Bahama Mama w jeszcze bardziej przeuroczym tekturkowym opakowanku myślałam, że bronzer idealny, czyli taki, którym nie zrobię sobie krzywy - nie istnieje. Większość bronzerów na rynku, z którymi miałam do czynienia posiadała pomarańczowe, ciepłe tony (niepasujące europejskiemu typowi urody) albo źle się rozcierała zostawiając nieestetyczne plamy, które albo pojawiały się od razu lub co gorsza w ciągu dnia. Przy tym bronzerze żadna z tych rzeczy nie ma miejsca! Kosmetyk wprost idealnie się rozciera, dlatego ciężko sobie nim zrobić krzywdę. Co do koloru jest to odcień chłodny, w gamie brązowo-szarej. Można odnieść wrażenie, że kolor jest nieco ciemny, ale efekt można ładnie stopniować, a przy dokładnym roztarciu będzie nadawał się nawet dla osób z jaśniejszą karnacją. Nie spotkałam się jeszcze z tak uniwersalnym kolorem jak ten! Do tego produkt ma bardzo przyzwoity skład i nie zawiera w składzie parabenów.




Krótko podsumowując wszystkie plusy:

- idealnie się rozciera

- nie tworzy plam

- utrzymuje się bez poprawek cały dzień

- nie zawiera brokatu - całkowicie matowy

- uniwersalny odcień

-tworzy efekt letniej opalenizny (tak jak obiecuje producent)

- pięknie konturuje twarz

- nie ściera się

- dobra pigmentacja 


SWATCH:



Co do wydajności to używam kosmetyku już od ponad miesiąca praktycznie codziennie na policzki i skronie i nie jeszcze żadnego ubytku.

 

Ewentualne minusy i zastrzeżenia:

 

Jedyne co w nim mi się nie podoba (choć zdaję sobie sprawę, że innym może przypaść do gustu) to tandetne opakowanie. Jak dla mnie jest mało estetyczne i solidne - w czasie użytkowania kosmetyku pędzlem przy nabieraniu kosmetyku, resztki zostają na kartonowych ściankach i ciężko utrzymać bronzer w czystości. Swoją drogą kosmetyk się lekko pyli, jednak to być może kwestia pędzla. Kolejnym minusem, może być cena (ok. 55 zł za 7 gram kosmetyku), ale wg mnie warto zainwestować w tak podstawowy kosmetyk jak bronzer. Zresztą cena naprawdę nie jest wygórowana biorąc pod uwagę, że kosmetyk jest porównywalny (o ile nie lepszy) z o wiele droższymi produktami tego typu jak np. Nars, Benefit Hoola. Niestety wadą jest też słaba dostępność marki The Balm w Polsce, jedynie w internetowych drogeriach, przez to nie można przetestować odcienia przed zakupem.

Reasumując, mimo paru maleńskich zastrzeżeń, w końcu MÓJ IDEAŁ ZOSTAŁ ZNALEZIONY!


                                                                                                                                
                                                                                                                                               Subiektywna

poniedziałek, 2 września 2013

Wakacyjny projekt DENKO - lipiec, sierpień, czyli krótkie mini recenzje kosmetyczne

Nazbierało się trochę pustych opakowań po wakacyjnych zużyciach, dlatego postanowiłam w tej dość hurtowej recenzji opowiedzieć Wam o nich parę słów uwielbienia bądź rzetelnej krytyki, aby w końcu móc bez wyrzutów sumienia wyrzucić wszystko co widzicie niżej do kosza :)

Nie ma tutaj kosmetyków, których nie zużyłam do końca, bo powodowały więcej szkód niż pożytku na mojej cerze, dlatego dla nich znajduję najczęściej od razu nowe domy. Wszystkie poniżej kosmetyki zostały przeze mnie z większą lub mniejszą radością zużyte do samego dna.

PIELĘGNACJA TWARZY:


Od lewej:

Johnson's baby, krem intensywnie pielęgnujący - miał być dobrym, delikatnym (bo dla dzieci) nawilżaczem na noc lub po kwasach, niestety nie sprawdził się - mizernie nawilżał, ciężko się wchłaniał, zapychał. Wykończyłam go stosując jako krem do ciała i stóp. Nie kupię ponownie.

Ziaja kuracja lipidowa, Fizjoderm żel - moje odkrycie, produkt, który spełnia moje wszystkie pragnienia - jest delikatny, nie uczula, nie podrażnia, a przy tym skutecznie zmywa i to bez użycia wody lub jej niewielkiej ilości. Dla mnie to ma kluczowe znaczenie - myję twarz bez użycia wody lub wodą mineralną, ponieważ po zwykłej wodzie z kranu dostaję krostek. Jest bardzo wydajny. Myślę, że Ziaja chyba wzorowała się na znanym Physiogelu, który również stosowałam i pewnie stosowałabym nadal, gdyby nie ten produkt, który po prostu jest lepszy i to za połowę ceny Physiogelu. Nie zamienię chyba go już na żaden inny, używałam wielu produktów do mycia twarzy, ale ten jest zdecydowanie moim numerem jeden. W zapasie mam już kolejne opakowania. Minusem jest jego ciężka dostępność.

BU, olejek myjący pomarańczowy - przeczytacie o nim dokładną recenzję tutaj <klik>

BeBeauty, płyn micelarny - faktycznie dobry płyn micelarny za śmiesznie niską cenę, jednak w moim odczuciu nie przebija Biodermy. Jego największą wadą jest jego słaba wydajność, zużywam go 4x razy szybciej niż buteleczkę różowej Biodermy, starczył mi na około 3 tygodnie.

ZSK, Korund - pisałam o nim tutaj <kilk>

Eveline, Ultranawilżający krem na dzień i na noc +30 - krem ma lekką konsystencję żelowo-kremową, dobrze się wchłania i lekko nawilża, sprawdza się pod podkład, ponieważ nie zostawia lepkiej lub tłustej warstwy, do tego posiada filtr SPF 8. Nie kupię raczej ponownie, gdyż aktualnie używam od czasu do czasu wersji tego kremu +40, jednak nie jestem pewna czy ta wersja, mimo, że jestem z niej bardziej zadowolona - lekko nie zapycha.

BingoSpa, maska błotna do twarzy z zieloną glinką - więcej na jej temat <klik>

Biały Jeleń, mydło w płynie hipoalergiczne premium z ekstraktem z czarnego bzu - bardzo polecam, ale jedynie wersję z czarnym bzem - pozostałe wersje przy niej wybadają słabo. Jest to w mojej opinii kosmetyk niezbędny, wielozadaniowy. Bardzo dobrze sprawdza się do mycia twarzy (jednak nie do pełnego demakijażu), szczególnie w gorsze dni mojej cery sprawdza się rewelacyjnie, goi wypryski i zaczerwienienia i mimo, że to mydło, nie wysusza tak mocno cery jak jego starszy brat w kostce. Sprawdza się też do mycia ciała, rąk, higieny intymnej, a nawet wykąpania mojego yorka - nie uczula. Jedyną wadą (a może to ja mam pecha?!) jest fakt, że cały czas zdarzają mi się ostatnio egzemplarze z popsutą pompką i muszę przelewać mydło do czegoś innego lub poprzedniego opakowania.Może też się Wam tak zdażyło w mydłach Biały Jeleń?

AA, pomadka ochronna vanilla - NIE POLECAM! Słabo nawilża, szybko znika z ust, brzydko pachnie - sztuczną wanilią. Gorsza niż zwykła wazelina za 2 zł, jest to już kolejna klapa w mojej kosmetyczce od AA.

Maski w saszetkach od Ziaji - polecam w szczególności tą szarą, jak za tak niską cenę, warto je mieć w pogotowiu. Fajnie sprawdzają się na wyjazdach.

Acnederm - krem poprawny, aby zobaczyć różnicę warto stosować go dłużej, lekko rozjaśnia przebarwienia i ślady po trądziku, jednak na większe problemy będzie za słaby. Lekko wysuszał moją mieszaną cerę, dobrze stosować go naprzemiennie z czymś silnie nawilżającym. Należy pamiętać, że jest to kwas i koniecznie jest stosowanie przy nim wysokiego filtru ochronnego na dzień. Do kupienia w aptekach, bez recepty.

Dermogal, rybki A+E - moje KWC, idealne pod maski jak i solo na noc, idealnie nawilżają, koją skórę, gaszą zaczerwienienia, wypryski. Mimo, że mają formę olejku nie zapychają mojej cery (a zapycha mnie niemal wszystko, co ma do tego najmniejsza predyspozycję :). Świetnie sprawdzają się też do pielęgnacji paznokci, końcówek włosów czy stóp - kosmetyk must have w każdej łazience!


PIELĘGNACJA CIAŁA



od lewej:

Eveline, Slim Extreme superskoncentrowane serum modelujące pośladki `Total Push Up`- serum ładnie wygładza, szybciutko się wchłania, pozostawia bardzo przyjemny filtr na skórze bez uczucia lepkości. Skóra po nim jest bardziej "zbita" i gęściejsza. Jednak nie oczekujcie cudów, co do efektu push-up pośladków przy stosowaniu serum bez diety i ćwiczeń, według mnie w połączeniu z dietą i ćwiczeniami faktycznie unosi pośladki i lekko napina skórę. Wątpię, że serum zadziała u osób, które nie prowadzą aktywnego trybu życia, (nie liczycie na takie cuda, że samo serum za 13 zł wymieni Wam pośladki na inne, bo chirurdzy plastyczni musieliby zacząć żebrać po ulicach). Minusem jest fakt, że jak w wypadku całej serii Slim Extreme efekt znika momentalnie wręcz po zaprzestaniu stosowania. W tej chwili mam drugą tubkę, którą smaruje całe nogi i brzuch.

Bielenda, Azja Spa dwufazowy olejek do kąpieli - jego zapach można pokochać lub znienawidzić, przebija przez niego orientalna nuta, która akurat mi bardzo przypadła do gustu. Olejek na pewno nie ujędrnia skóry jak obiecuje producent, nie nawilża też jakoś specjalnie, jednak idealnie nadaje się do relaksu w wannie, bardzo dobrze się pieni.
Nivea, krem do rąk wygładzająco - odżywczy - nie polecam, ciężko się wchłaniał, słabo nawilżał - skończył swój żywot, jako krem do stóp.

Marks&Spencer, miniaturka olejku do kąpieli (z zestawu upominkowego) - zużyty z braku laku na wyjeździe, ponieważ kończył mu się termin ważności. Fajna w nim jest tylko buteleczka, którą chyba zachowam na kolejny wyjazd, jednak już z o wiele lepszą zawartością.

Balea, mydło do rąk o zapachu brzoskwini - pięknie pachnie brzoskwiniami i nie jest to typowy dla kosmetyków zapach "syntetycznej brzoskwini". Zapach utrzymuje się na skórze rąk dłuższy czas. Nie wysusza skóry, można spokojnie zastosować je jako np. żel pod prysznic w nagłych sytuacjach.

Nivelazione, antycellulitowy krem wyszczuplająco-ujędrniający - oczywiście nie wyszczupla, ale za to pięknie pachnie, zapach jak dla uzależniający! Fajnie wygładza i ujędrnia, jak znajdę pewnie kupię ponownie wg mnie jest to lepszy produkt niż serum z Evelinie, przy czym ani nie chłodzi ani nie grzeje (dla mnie to plus). Niestety nie redukuje rozstępów (jak obiecuje producent) a nawet ich nie rozjaśnia przez okres stosowania.

Joanna, peeling myjący z truskawką - zapach przepiękny, ale sam peeling z niego bardzo słaby, jednak za tak niską cenę (około 4.5 zł) - polecam do przetestowania.

Balea, żel pod prysznic o zapachu ciasta migdałowego i czereśni (?) - zamawiałam inny zapach, ale dostałam pomyłkowo właśnie ten, który dla mnie jest zapachową klapą. Polecam jedynie dla wielbicieli marcepanu i jadalnych zapachów.

Eveline, Slim Extreme 4D diamentowe serum wyszczuplające - fajne serum szczególnie na wakacje, bo przyjemnie chłodzi skórę, lekko ją napina, wygładza a do tego zawiera w sobie mieniące się srebrne drobinki (niby, że diamentów :D), które ładnie mienią się na skórze na słońcu. Ja stosowałam na skórę nóg. Faktycznie zminimalizował mi się cellulit, ale wątpię czy to zasługa tylko tego serum. Na cellulit polecam masaże gąbką Syreny i dla bardziej odważnych masaże bańkami chińskimi.

Isana, kremowy żel pod prysznic masło shea i owoc pasji - zapach jest bardzo przyjemny, jednak żel jest dość lejący, kiepsko się pieni. Nie wysusza skóry, jednak moja skóra po jego użyciu woła po balsam.


PIELĘGNACJA I STYLIZACJA WŁOSÓW:



Nie ma o dziwo w tym towarzystwie szamponu ani masek, bo obecnie używam paru litrowych i 500 ml masek na zmianę i dwóch szamponów, także ostrzegam, że w następnym DENKU będzie prawdziwa lawina pojemniczków po maskach.;)

od lewej:

Isana, lakier dodający objętości volum up - mam długie włosy i nie oczekuję od lakieru przez to wiele, ale ten mnie rozczarował - bardzo marnie utrwala (używałam głównie do grzywki), a obiecanego efektu push up absolutnie brak. Aktualnie używam zielonego Taft, który sprawdza się znacznie lepiej.

Nivea, styling spray Diamond Gloss - bardzo lubię produkty do stylizacji włosów marki Nivea, dlatego pokusiłam też się na ten spray w sumie którego używałam jako lekkiego lakieru i nabłyszczacza w jednym. Utrwala wystarczająco przy spryskaniu na całe włosy, NIE SKLEJA, bez problemu wyczesuje się nawet przy dużej ilości, nie wysusza włosów. Według mnie spełnia obietnice producenta. Fajnie na szybko utrwala i upiększa fryzurę. Jednak nie ma mowy tutaj o żadnym diamond gloss, dla takiego efektu potrzebny jest jednak dodatkowo nabłyszczacz, jednak na co dzień takie lekkie glow włosom, dzięki któremu wyglądają na zdrowsze.

Marion, Keratin Mix spray prostujący włosy - KTOKOLWIEK WIDZIAŁ KTOKOWIEK WIE - spotkałam go raz i z miejsca się zakochałam, ale niestety już więcej nie spotkałam ponownie. Produkt za tak śmieszną cenę ok. 9 zł według mnie porównywalny jakościowo np. do produktów Matrix czy L'oreal Professional, których swego czasu używałam. Świetnie sprawdza się zarówno z prostownicą czy suszarką. Jeżeli wiecie gdzie mogę go dostać, napiszcie koniecznie!

Nivea, Pianka Long Repair - do długich włosów pianka idealna. Używam ją przed suszeniem włosów nakładając ją grzebieniem na pojedyncze pasma od linii żuchwy i czasem na grzywkę.Lekko utrwala i faktycznie chroni przed ciepłem suszarki. Po jej użyciu włosy wyglądają na zadbane, bardziej uporządkowane, wygładzone i w moim wypadku się mniej elektryzują.

Alfaparf, Splendore di Fiori di Lino Color Illuminating Crystals (kryształki nadające połysk) - bardzo fajne i dość wydajne kryształki w formie serum do wykończenia fryzury, bardzo fajnie podbijają kolor włosów farbowanych. Jedynymi wadami są trudna dostępność i cena około 50-60 złotych za 30ml u fryzjerki.

Kallos, Dry Ends serum zabezpieczające końcówki - najgorsze serum, jakie miałam okazje stosować do tego bardzo nieporęczna buteleczka, którą ciężko ustawić na półce. Nie robiło nic dobrego, włosy po nim wyglądały na tłuste.

Forouk, Biosilk - mała bomba silikonowa, a efekt przeciętny. Na dużą wersję się nie skuszę.

KOLORÓWKA I CAŁA RESZTA:

 

od lewej:

Ziaja Pro, złuszczająca maska algowa żółta - przeczytacie o niej długą recenzję tutaj <klik>

Bielenda Professional, maska algowa do twarzy ze spiruliną - najlepsza ze wszystkich masek algowych, jakie testowałam, więcej nie napiszę, bo ten produkt zasługuje na osobną recenzję.

Essence, Fix&Matte transparenty puder sypki - to jeszcze stara wersja kultowego produktu marki Essence. Puder, a raczej fixer faktycznie daje radę - bardzo dobrze matuje i utrwala, jednak nie wolno z nim przesadzić, aby uniknąć efektu mąki na twarzy. Nie nadaje się raczej do codziennego stosowania, bo wysusza skórę. Wadą, która mnie w nim nieustannie irytowała jest jego opakowanie, z którego wypływa zawsze zbyt duża ilość produktu, bardzo się pyli na boki przy używaniu go pędzlem - przez co zostawał zawsze w około opakowania. W tej chwili kupiłam z tego powodu wersję prasowaną, która jest o wiele przyjemniejsza w stosowaniu, jednak za to już mniej skuteczna niż ta w pudrze.

Eveline, diamentowa odżywka - jest to moja może już 6 buteleczka. Produkt mimo wielu kontrowersji, jako jedyny utwardza moje paznokcie, które są z natury skłonne do łamania i rozdwajania. Jest to jedyna odżywka, z którą jestem w stanie, choć trochę je zapuścić. Do tego świetnie sprawdza się, jako baza pod lakier. Ale też ma swoje minusy - wysusza płytkę i skórki, a gdy zaprzestaniemy jej stosowania paznokcie szybką wracają do gorszego stanu. Jak widać nie ma rzeczy idealnych.

BeBeauty, zmywacz do paznokci z olejem kokosowym i gliceryną (wersja zielona) - jeden z gorszych zmywaczy, jakie używałam. Jedynym plusem jest ciekawa pompka, ale nawet ta jest niedopracowana, bo potrafiła się zacinać albo zdarzało się, że wylewała o wiele za dużo produktu.

Green Pharmacy, krem do stóp gojący, przeciw pęknięciom - jeden z gorszych kremów do stóp, nie robił nic oprócz bardzo lekkiego nawilżenia. Jest o wiele za słaby dla suchych stóp, nie mówiąc już o tym, że wcale nie zapobiega pęknięciom ani otarciom (jak obiecuje producent). Kpina.

Gosh, podkład kryjący X-ceptional - do tej pory nie znalazłam lepszego podkładu, zawsze do niego pokornie wracam. Mimo, że nie jest idealny, jest naprawdę bardzo dobry. Nie wiem czy jest sens szukania podkładowego ideału, jednak, co jakiś czas naiwnie szukam i testuję nowości, niestety zawsze z bardzo opłakanym skutkami dla mojej cery.

Tusze do rzęs - skończyłam ich aż, 4 dlatego zasługują na osobne porównanie, które ukaże się wkrótce.

Gosh, cień wypiekany, pojedynczy w kolorze nr 14 Grey Brown - tak samo jak podkład, cienie z Gosha nie zawodzą jakością, bardzo polecam. Z żalem kończę każde opakowanie.

Clinomyn, pasta wybielająca dla palaczy - mimo, że nie palę, dla mnie najlepsza wybielająca pasta o idealnie miętowym smaku.



 Uff... to wszystko. Mam nadzieję, że znajdę czas na projekt DENKO wrześniowy, gdyż już widzę, że będzie dużo ciekawych produktów, które sięgają już dna.



Ciao,
Subiektywna